Są ludzie, których nie da się nie lubić… Ola…

I jest Ola.
Aleksandra.
Choć część osób zna ją pod imieniem, które przylgnęło do niej już dawno temu.
Andrzej.
Nie pytajcie. Tak już jest i najwyraźniej nikt nie zamierza z tym walczyć.
Co można powiedzieć o Oli?
Przede wszystkim jest dobrym duchem naszego Działu Obsługi Klienta.
Pilnuje, wspiera, przypomina, motywuje, czasem pogoni do pracy, czasem pochwali. Chociaż z tym ostatnim bywa różnie, więc korzystając z okazji publicznie się podlizuję. Może przeczyta.
Na co dzień Ola zajmuje się również kontaktami z bankami, dzięki którym możemy oferować klientom zakupy na raty.
I pewnego dnia, między jedną sprawą a drugą, ni stąd, ni zowąd padło coś w rodzaju:
– A może zapytam banki o Race for the Cure?
Nie było wielkiego planowania.
Nie było spotkania strategicznego.
Nie było prezentacji w PowerPoincie na 47 slajdów.
Po prostu pojawiła się chęć pomocy.
I właśnie to jest w tej historii najważniejsze.
Nie to, ile telefonów zostało wykonanych.
Nie to, ile maili wysłano.
Nie nawet to, jakie będą efekty tych rozmów.
Najważniejsze jest to, że ktoś sam z siebie postanowił dołożyć swoją cegiełkę.
Bo pomoc ma różne wymiary.
Czasem ktoś organizuje wydarzenie.
Czasem ktoś załatwia partnera.
Czasem ktoś poświęca swój czas.
A czasem wykonuje jeden telefon, który sprawia, że później podczas biegu ktoś dostanie nagrodę, ktoś wypije dobrą kawę, ktoś zatrzyma się przy stoisku partnera albo po prostu wróci do domu z uśmiechem i pomyśli:
„Kurczę, to był naprawdę fajny dzień.”
I właśnie wtedy okazuje się, że ten jeden telefon miał dużo większe znaczenie, niż mogło się wydawać.
Ola nie jest jedyną osobą, która pomaga przy Race for the Cure.
Takich osób jest znacznie więcej.
Na szczęście.
Bo za każdym dużym wydarzeniem stoją ludzie, których często nie widać na zdjęciach, nie widać na scenie i nie widać na mecie biegu.
Ale bez nich nic by się nie udało.
Dzisiaj opowiedzieliśmy historię Oli.
A raczej Andrzeja.
Bo od kogoś trzeba było zacząć.