Cierpliwość. Najtrudniejszy trening jaki znam…

Cierpliwości chyba brakowało mi od zawsze.
Ale nie takiej „na chwilę”. Tylko tej prawdziwej – długodystansowej.
Bo jeśli coś robiłem, to chciałem efektu od razu.
Model? Najlepiej żeby powstał w jeden wieczór.
Bieganie? Najlepiej jeden trening, potem maraton, a za chwilę ultra i Ironman. Proste, prawda? 😉
Z czasem (czytaj: z wiekiem) coś zaczęło się zmieniać.
Człowiek zaczyna rozumieć, że nic wartościowego nie przychodzi od razu.
Najlepsze jest to, że tę prawdę powtarzamy naszym dzieciom od początku:
„spokojnie”, „krok po kroku”, „to wymaga czasu”.
A sami?
Sami często wcale tego nie wdrażamy w życie.
Chyba dopiero teraz dotarło to do mnie naprawdę.
Dziś trenuję do półmaratonu gdańskiego we wrześniu.
3 treningi w tygodniu.
Do tego obowiązkowy Parkrun w sobotę.
Na razie 25–30 km tygodniowo.
Za chwilę będzie 30–40 km.
I wiecie co?
Dopiero teraz mogę powiedzieć, że biegam.
Bo kiedyś też „biegałem”.
Raz w tygodniu. Albo raz na dwa tygodnie.
I też mówiłem, że biegam.
Tylko że to było coś zupełnie innego.
Dla mnie bieganie składa się z czterech etapów:
motywacja
mobilizacja (czyli wyjście z domu – najtrudniejsze)
sam bieg
satysfakcja po biegu
Kiedyś?
Motywacja była… gdzieś w głowie.
Mobilizacja – bliska zeru. Zawsze znajdowałem coś „ważniejszego”.
Sam bieg – walka o życie i negocjacje z samym sobą.
Jedno było pewne:
satysfakcja po biegu.
To uczucie było niesamowite.
Radość, że się udało.
Duma.
Ekscytacja.
No i to rosnące ego 😉
To właśnie ona trzymała mnie przy tym wszystkim.
Dziś coś się zmieniło.
Mam cel.
Jest upór.
Jest konsekwencja.
Nie znaczy to, że zawsze mi się chce.
Czasem bardzo mi się nie chce.
Na szczęście mam swojego „strażnika” – Marcina.
Facet taki jak ja.
Sport raczej „od czasu do czasu”: rower, trochę biegania, czasem łyżwy.
I nagle decyzja: maraton w Paryżu.
Rok przygotowań. Systematycznie. Bez skrótów.
I co?
Ukończył.
W kolejnym roku wrócił i poprawił wynik.
Czyli jednak się da.
I tu wracamy do cierpliwości.
Bo ona nie jest spektakularna.
Nie daje szybkich efektów.
Nie krzyczy.
Ale to ona robi największą robotę.
To ona pozwala przekraczać granice.
To ona buduje formę.
To ona robi różnicę między „chciałem” a „zrobiłem”.
Dokładnie tak samo jest z tym, co robimy przy Race for the Cure.
Pomagamy tak, jak trenujemy:
systematycznie, spokojnie, krok po kroku.
Bez fajerwerków na start.
Za to z konsekwencją.
I efekty zaczynają się pojawiać: – wracają firmy, które były z nami rok temu
– pojawiają się nowe
– mamy pierwsze deklaracje
– rodzą się konkretne pomysły na naszą strefę relaksu na RFTC Gdańsk 2026
Nasza droga zaczęła się dwa lata temu.
Dziś jest nas więcej.
Zasięg rośnie.
Firmy same chcą dołączać.
Czyli jednak…
cierpliwość się opłaca.
W bieganiu.
W pomaganiu.
W życiu.
Zawsze.